Dzień, w którym wszystko się zaczęło, był dniem jak każdy poprzedni. Nic bowiem nie zwiastowało nadejścia Tego, którego imię od wieków szeptano z lękiem. A jednak, gdy tylko słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, średniowieczne opactwo wzniesione na skalistej wyspie Mont-Saint-Michel – położonej we Francji, w południowo-zachodniej części Normandii, u wybrzeża Kanału La Manche – jakby wstrzymało oddech. Otoczone zdradliwymi przypływami, trwało niczym kamienny strażnik, skrzętnie pilnując skrywanych za wysokimi murami tajemnic. Przy jednej z wąskich, brukowanych uliczek stał maleńki sklepik – skromny, acz pełen ciepła. Aromat wosku, lawendy i kadzidła unosił się od progu, wabiąc turystów zapachem, który od niepamiętnych czasów wypełniał całą okolicę. Miejscowi chętnie odwiedzali ów dobytek, tym chętniej że od pokoleń należał do kobiet jednego rodu. Rodu zielarek i, jak mawiano – uzdrowicielek. Dwudziestopięcioletnia Aurora, wnuczka obecnej właścicielki, właśnie kończyła pracę. Drewniane okiennice, które zamykała, skutecznie tłumiły ostatnie promienie słońca, jakie dotykały zasłanianych szyb. Z zamyślenia wybił ją wysoki ton wolno przesuwanych drzwi wejściowych.
– Od minuty cię wołam – przywitał ją z uśmiechem Pierre Dumont, przeor opactwa.
– Przepraszam, zamyśliłam się – odparła, lekko się rumieniąc.
– No już, dobrze, dobrze, nic się nie stało – uspokoił ją. – Właśnie oprowadzam nowego kolegę, który przez jakiś czas będzie gościł w naszym opactwie. Auroro, to ksiądz Emilio Rinaldi. Przyjechał do nas prosto z Watykanu… Gdzie on się podział? – Rozglądając się na wszystkie strony, zauważył, jak Aurora zagląda do wnętrza zamykanego wcześniej sklepiku.
– Czy to on? – spytała, wskazując nieznajomego wzrokiem.
Emilio, urzeczony wnętrzem pachnącym miodowym woskiem, suszonymi ziołami i kadzidłowym dymem, wolnym krokiem przechadzał się między zastawionymi aż po sufit regałami. Zachwycały go ręcznie odlane świece, słoje z olejkami i fiolki wypełnione rozmaitymi maceratami. Najbardziej jednak przykuwały jego uwagę woskowe rzeźby – każda, na którą spojrzał, przedstawiała coś innego. Skupiony na pięknych rękodziełach, nie zauważył zwisających z sufitu okazałych bukietów lawendy, piołunu i werbeny, o które zahaczył głową. Gdy tylko się schylił, do jego uszu dotarł wysoki dźwięk dzwoneczka zawieszonego tuż nad drzwiami. Aurora, puściwszy chłodną metalową klamkę, niemal natychmiast skupiła wzrok na młodym, szczupłym mężczyźnie, wyższym od niej o niemal całą głowę. Jego kręcone, niechlujnie ułożone kasztanowe włosy opadały poniżej brwi, skutecznie zasłaniając oczy. Gdy już miała nadzieję, że uda jej się je dostrzec, jednym zwinnym ruchem odwrócił głowę w drugą stronę.
– Kim jesteś? – wyszeptała, biorąc głęboki wdech.
W chwili, gdy wypuściła powietrze, zgasła stojąca tuż przed nią świeca. Inne, które jeszcze się tliły, rzucały jedynie nikłe światło na wnętrze sklepu. Przy ostatniej z nich stał Emilio. Aurora uważnie go obserwowała. Jego delikatnie zarysowana szczęka i jasna, niemal przezroczysta skóra wydawały jej się zbyt blade w ciepłym świetle dogasającego płomienia. Wtedy coś poczuła. Coś, jakby we wnętrzu jej ciała zaczęło się poruszać. Jakaś dawno uśpiona świadomość. A raczej jej fragment. Błądząc oczami po świecach, pospiesznie zamknęła powieki. Pierwszy raz w życiu ogarnęła ją panika. Gdy próbowała zaczerpnąć powietrza, to jakby zgęstniało. Odcięta od tlenu, gorączkowo otworzyła oczy. Czyniąc to – zamarła, gdyż Emilio niczym sokół wpatrywał się w nią. Nerwowo łapiąc oddech za oddechem, w milczeniu patrzyła, jak dwa palce od jego prawej dłoni gaszą ostatni płomień świecy. To był koniec. W gęstwinie ciemności, po raz kolejny poczuła, jak coś się w niej porusza – przebudza. Ostatnie, co zapamiętała, to aksamitny dotyk czarnej, niczym smoła sutanny.
– Panie doktorze! Panie doktorze! Obudziła się! – krzyczały trzy kobiety, które nie odstępowały Aurory ani na krok przy szpitalnym łóżku.
– Jak się pani czuje? – spytał lekarz, podchodząc do niej.
– Co się stało? – zapytała, próbując się podnieść.
– Żadnych gwałtownych ruchów, proszę leżeć – nakazał ostro doktor.
– Zemdlałaś – odparła z trwogą w głosie jej babcia.
– Wody. Chcę się napić wody – poprosiła.
– Pomogę ci, poczekaj – powiedziała mama Aurory, szybko do niej podchodząc.
– Dobrze – rzekł lekarz, gdy się napiła. – Teraz proszę powiedzieć, co pani pamięta jako ostatnie zdarzenie przed omdleniem.
– Pamiętam, że byłam w sklepie. Zamykałam go, kiedy przyszedł przeor Dumont z… – nie mogąc sobie przypomnieć nazwiska księdza, zamknęła oczy. – Niestety, nie pamiętam, jak nazywał się mężczyzna, z którym był.
– To nic. Najważniejsze, że pamięta pani ostatnie godziny. Dzięki temu możemy wykluczyć wszelkie zmiany neurologiczne – wyjaśnił, wpisując coś do karty pacjenta.
– Czy mogę już wracać do domu? – spytała niepewnie.
– Tak. Przygotuję tylko wypis.
– Dzięki Bogu! – powiedziała z ulgą sąsiadka, właścicielka sklepu tuż naprzeciwko sklepu rodziny Aurory. Kobieta, widząc, że ta zemdlała, natychmiast wezwała karetkę, jednak, ze względu na położenie wyspy, zaoferowała, że sama ją zawiezie do najbliższego szpitala. Poprosiła jedynie przeora i młodego księdza o pomoc przy jej przeniesieniu do auta, które stało kilkadziesiąt metrów dalej.
– Na pewno dobrze się czujesz? – dopytywała babcia.
– Tak.
Kobieta jednak niedowierzała. Znała wnuczkę na tyle dobrze, by wyczuć, że coś jest nie tak. Nie chciała jednak przeciągać rozmowy, zwłaszcza że Aurora nie była skora do żadnych wyjaśnień. Postanowiła cierpliwie poczekać, aż wrócą do domu, gdzie miała nadzieję, że wnuczka na spokojnie opowie, co doprowadziło do omdlenia. Niestety. Aurora, jak tylko przekroczyła próg swojego małego, trzydziestometrowego mieszkania, które było oddalone od domu rodzinnego o niespełna dwa kilometry, podziękowała za opiekę, prosząc, aby zostawiono ją samą. Chciała w ciszy odpocząć. Niechętnie, z pomrukami niezadowolenia, trzy kobiety opuściły jej skromne lokum. Faktycznie zmęczona całym zajściem, poszła pod prysznic. Dwadzieścia minut później leżała już w dużym, miękkim łóżku, przykryta kołdrą. Jak tylko przewróciła się na bok, tuląc twarz do chłodnej poduszki, jej ciało się rozluźniło, lecz umysł pozostawał czujny, jakby na coś czekał. Nie wiedzieć kiedy, nadszedł sen. Od dziecka sypiała spokojnie. Nigdy nie miewała koszmarów. Ten sen jednak był inny. Otulony głęboką, jedwabistą czernią, zewsząd ją otulał.
Instynktownie spojrzała w dół. Stała boso... na czymś, co przypominało lustrzaną taflę wody. Chłodnej wody. Nie było żadnego horyzontu. Żadnego punktu zaczepienia. Znalazła się w samym sercu nicości. Kiedy miała już coś powiedzieć, w jej głowie zrodził się głos. Ani męski, ani kobiecy. Brzmiał jak echo wspomnienia, które nie należało do niej.
– Duni.
Słysząc obce imię, drgnęła. I choć pragnęła spytać, do kogo ów głos należy i kogo wzywa, nie spytała, gdyż żadne słowo nie potrafiło przejść przez jej gardło.
– Duni – powtórzył głos.
Poczuła dreszcze na całym ciele. Była kompletnie sama. A mimo to... Przez kogoś obserwowana. Po czasie powierzchnia pod jej stopami zaczęła pękać...