Tego dnia ziemia pod nogami była grząska jak nigdy wcześniej. Idąc, palce same zatapiały się w jej zimnej strukturze. Każdy skrawek ciała, żarliwie nią oblepiony, czuł jej ostrzegawcze szeptanie, aby zaprzestać kolejnych kroków, gdyż prowadzą one ku przepaści. Dochodzące w oddali głosy, miały oddźwięk studni, jakby ktoś je specjalnie tam wrzucił.
– Kira, co robisz!? Musimy uciekać!
Spojrzała ślepo na postać wydającą rozkaz za rozkazem. Nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, że ucieczka nie miała już żadnego sensu. Zerknęła za siebie. Do jej uszu dochodziły przeróżne odgłosy, w większości wrzaski i ponaglenia. Jak mogło do tego dojść? Gdy poczuła gromki ból w prawym boku, jęknęła, łapiąc się za niego.
– Wstawaj! Szybko! Zaraz wszystko runie! Kira, słyszysz mnie!?
Wyrwana z koszmaru, zaczęła w panice rozglądać się po pustym pokoju.
– W porządku? – spytała Mandy.
– Tak, przepraszam – odparła, lekko dygocząc.
– To przez spotkanie. Nie powinnaś była się na nie zgadzać.
– Tak będzie lepiej. Od dwóch lat z nimi współpracuję i jeszcze nigdy się nie widzieliśmy. Szczerze mówiąc, to cud, że byli tak długo cierpliwi.
– Mogłaś im powiedzieć prawdę, przecież to żaden wstyd.
– Nie. To moja sprawa. Nikomu nie muszę się tłumaczyć. I tak najbliżsi mają mnie już za dziwaka. Gdyby na dodatek w pracy ludzie się dowiedzieli, pomyśleliby, że nie warto powierzać zleceń komuś, kto nie panuje nad swoimi lękami.
– Chyba już udowodniłaś, że można ci zaufać. Nie sądzisz? – Mandy, patrząc na przyjaciółkę ze smutkiem w oczach, miała nadzieję, że ta po dzisiejszym dniu posunie się o krok do przodu w swoim życiu. Gdyby tylko potrafiła jej pomóc. Ciężko wzdychając, uśmiechnęła się radośnie, aby dodać jej otuchy – to ja przygotuję śniadanie, a ty się wyszykuj. Musimy być na miejscu o 10.00.
– Dobrze – Kira błądząc oczami po łóżku, zaczęła je w pośpiechu ścielić, aby chociaż w nim zapanował porządek.
Podczas szybkiego prysznica, dotknęła lewego nadgarstka. Zawieszona na nim bransoletka z białych koralików przypominała o osobie, która ją podarowała, a której już przy niej nie było. Nie mogła przeboleć, że dawne życie, które dobiegło końca w jednej sekundzie, już nigdy nie powróci. Zamknęła oczy. Woda szybkim strumieniem pokryła jej całą głowę, wtym długie, aż za łopatki brązowe, proste włosy. Ciężka, mokra grzywka sprawiła, że oczy same się zamknęły, a spod powiek poleciały łzy. To był jej codzienny cykl. Cykl, który trwał od czasu, kiedy tragedia zamknęła ją w swoim mocnym uścisku, z którego nie była w stanie się wyswobodzić. Stała tak przez dwadzieścia minut. W tym czasie oddech spowolnił do minimum, odcinając ją od otoczenia, które za oknem było tak wrogie. Po zakręceniu wody ciężko westchnęła. Wiedziała, że mimo szczerych chęci nie da rady udać się na zaplanowane spotkanie. Z rezygnacją przetarła prawą ręką zaparowane lustro. Gdy w nie spojrzała, opuściła wzrok na mocno drżącą dłoń. Oto twoja rzeczywistość – pomyślała, patrząc pustym wzrokiem na kończynę, która rządziła się swoimi prawami. Jak można zapanować nad otoczeniem, skoro nie panuje się nad własnym ciałem – szepnęła przygaszonym głosem. Ponownie spojrzała w lustro, po czym z uśmiechem założyła maskę radości. Trzy razy lekko przechyliła głową na boki, zanim zaakceptowała uśmiech, który tego dnia miał być najbardziej obiecujący.
– Co się stało? – widząca ją z kuchni Mandy nie dała się oszukać.
– Nic – odparła, udając, że nie rozumie, o co tej chodzi.
– Kira! Znam cię od dwudziestutrzech lat – powiedziała Mandy, podnosząc lekko brwi. Wpatrywała się w nią uważnie, przyciskając drewnianą kopystkę do polika. – Mnie nie oszukasz. Mów.
– Nie dam rady – zrezygnowana opadła całym ciałem na krzesło przy stole.
– Zadzwoń do nich i powiedz, że źle się czujesz.
– Mówię tak od dwóch lat – ciężko westchnęła, przegryzając czarną oliwkę.
– Zmień godzinę. Kończę pracę o dziewiętnastej, przyjadę i pojedziemy razem. Z chęcią poznam ludzi, z którymi rozmawiasz na co dzień. W sumie od roku, odkąd mieszkamy razem, jestem ich ciekawa. Pewnie tak samo, jak oni są ciekawi ciebie.
– Nie żałujesz, że się na to zgodziłaś? – Kira zerknęła w oczekiwaniu na odpowiedź.
– Nie pleć bzdur. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką – Mandy podeszła i mocno ją z tyłu objęła. – Siostrą, której nie mam, a którą zawsze chciałam mieć. – Nagle głośno jęknęła. – Przez ciebie spaliłam śniadanie! – szybko ściągnęła patelnię z kuchenki. Gdy odstawiła ją na bok, wydęła usta z niezadowolenia. – Skoczę do sklepu coś kupić, a ty przełóż spotkanie na wieczór. Im późniejsza godzina, tym lepiej.
– Dobrze – pokiwała głową.
Mandy chwyciła w rękę portmonetkę, którą dostała od babci, jak miała sześć lat i z uśmiechem zatrzasnęła drzwi wejściowe. Zbiegając po schodach, zamaszyście otworzyła boczne drzwi, które prowadziły tylko do ich mieszkania, jakie mieściło się na poddaszu w ośmiopiętrowym budynku. To był warunek Kiry, aby mogła zamieszkać prawie w centrum miasta. Potykając się o próg, z impetem wpadła na idącego z prawej strony mężczyznę. Ubrany w czarne jeansy, białe buty sneakersy, granatową bluzę, której kaptur zarzucony na głowę, przykrywał czarną czapkę z daszkiem i pół twarzy, w całym zamieszaniu nawet na nią nie spojrzał.
– Najmocniej przepraszam – Mandy rzuciła, czując wyrzuty z powodu niefortunnej sytuacji.
Mężczyzna z obojętnością otrzepał ubranie, na które rozlała się jego kawa. Bez słowa zaczął zbierać z chodnika zakupy. Mandy próbowała dojrzeć, na kogo wpadła. Nieznajomy jednak wyprostował się i zniknął za rogiem. Stojąc i patrząc w kierunku, w którym odszedł, wrzasnęła, że przeprosiny należy zawsze przyjąć. Z nerwów tupnęła nogą. Odwróciła się i ruszyła w stronę pobliskiego sklepu. Gdyby tylko wiedziała, że ignorant, który nawet na nią nie spojrzał, ma słuchawki Bluetooth na uszach, nie wrzeszczałaby tak bezskutecznie. Mężczyzna, odcięty od otoczenia przez muzykę, skupiał się wyłącznie na galopujących w tle słowach. Gdy poczuł wibrację w kieszeni, wyciągnął telefon i nacisnął zieloną słuchawkę.
– No w końcu odebrałeś – powiedział męski głos. – I jak? Mów szybko, ponieważ za godzinę mam spotkanie z autorką tekstu.
– Może być – odpowiedział, uśmiechając się sam do siebie. Wiedział, że te słowa zirytują zniecierpliwionego przyjaciela.
– Może być? Może być? – krzyknął z udawaną goryczą, po czym się roześmiał.
– Wydaje mi się… czy po raz kolejny zmieniłeś tekściarza? – zapytał. Gdy ściągnął mokrą bluzę, obnażył solidnie umięśnione ramiona, z których lewe było w całości pokryte tatuażem aż do nadgarstka.
– Tak – odparł, po czym zamilkł.
– To dobrze – powiedział i podszedł półnagi do okna. Spojrzał przez szybę i zauważył wracającą niezdarę. – Odnoszę wrażenie, że ten ktoś dobrze cię zna.
– Ona – odparł Dax. – To kobieta.
– Kobieta? O czymś nie wiem? – spytał, nadal wzrokiem śledząc sprawczynię wcześniejszego wypadku. Nie było go dwa lata i widać wiele się zmieniło w kamienicy, której był właścicielem. Spokojnym wzrokiem spojrzał na stół, gdzie leżała gruba teczka z dokumentami, którą pozostawiła jego agentka od nieruchomości. Po jej otwarciu dostrzegł umowę na mieszkanie mieszczące się tuż nad jego głową. Za namową Daxa wyremontował strych, czyniąc go najokazalszym punktem widokowym i najbardziej rozległym, rozleglejszym nawet od jego skromnego, stu-metrowego mieszkania.
– Sota, spotkajmy się wieczorem nad jeziorem. Organizuję dla ciebie powitalne przyjęcie. Skromne… tak na pięćdziesiąt osób. – Dax, śmiejąc się, błagalnym głosem zaczął go namawiać. – W końcu trzeba uczcić twój powrót z wojska.
– Sam nie wiem, dopiero co przyjechałem.
– Nie bądź taki, bracie – odparł Dax, mając nadzieję, że przyjaciel się zgodzi.
– Zobaczymy. Na razie muszę się wykąpać. Nowa lokatorka wpadła na mnie i jestem cały w kawie.
– Ładna? Może przyjadę odebrać od niej przeprosiny w twoim imieniu? – śmiejąc się głośno do słuchawki, rozbawił go tymi słowami.
Znali się przeszło trzynaście lat, z czego jedenaście lat spędzili w podróżach. Dax na scenie, Sota na jej tyłach, gdzie wspierał w pracy rodziców, którzy żyjąc w cieniu blasków fleszy, dbali o zaplecze medialne i PR-owe. Mama Soty była menedżerem Daxa i jego grupy tanecznej. Ojciec był technikiem, na którego barkach spoczywała cała odpowiedzialność za bezpieczeństwo podczas koncertów. Dax w wieku piętnastu lat został odkryty na jednym z chodników, gdzie śpiewał i tańczył. Teraz miał dwadzieścia osiem lat i był popową ikoną – idolem, którego naśladowały nastolatki na całym świecie. Ku ich niezadowoleniu dwa lata temu ogłosił przerwanie trasy koncertowej. Od tamtej pory całą twórczość przelewał w studio, którego praktycznie od roku nie opuszczał. Aby mógł jednak odetchnąć, brakowało mu już tylko jednego utworu, który stałby się zwieńczeniem nowej płyty. W tym celu miał się spotkać z tajemniczą autorką swoich tekstów, której słowa rozgrzewały serca, umysły i pragnienia nie tylko młodego pokolenia, ale również starszego. Choć przez ostatnie miesiące żył jak odludek, najbardziej zagorzałe fanki w uporczywy sposób śledziły każdy jego krok, doprowadzając niekiedy do skrajnych i zawstydzających sytuacji, które mocno go onieśmielały. Dlatego zatrudnił wizażystę, któremu sowicie płacił za milczenie. Mężczyzna tworzył przeróżne wizerunki na potrzeby Daxa, gdy ten chciał gdzieś spokojnie wyjść, nie wzbudzając zbytniej ekscytacji. W tym celu Dax wykorzystywał szkła kontaktowe, które zmieniały jego czarne oczy w zielone, niebieskie, a niekiedy żółto-szare. Sięgał także po peruki dla niepoznaki. Dzięki takim trikom i wielu innym był wolny. Mógł oddychać, czego w pracy od lat mu brakowało, ponieważ tam zawsze był w potrzasku. To uczucie było skrajne, ponieważ z jednej strony od zawsze marzył o sławie, a z drugiej pragnął, aby świat, tak jak on, się nie zmieniał. Jednak to drugie zaczęło zacierać granicę między codziennością a mirażem, któremu był poddawany, aby sprzedaż jego twórczości mogła z roku na rok podbijać kolejne playlisty. W imię czego? Sławy? Pieniędzy? Samochodów? To wszystko było już za nim, a przecież dopiero był przed trzydziestką. Kochał to, kim był. Kochał swoją twórczość. Kochał swoich fanów, którzy sprawiali, że ból po ciężkich próbach i treningach, rozlewający się po ciele jak ogień – palący i pochłaniający go centymetr po centymetrze – stawał się znośny. Zaciśnięte zęby pozwalały mu tłumić nie tylko łzy, ale i hektolitry wylanego potu. Dlaczego? Ponieważ uważał, że warto poświęcać się dla kogoś, kto stał za nim murem, mimo przydarzonej tragedii. Czuł ich wsparcie całym sobą. Sprawiali, że zapominał o wszystkim. Byli jego narkotykiem. Małymi ziarenkami – trybikami w codziennej machinerii, w której przyszło mu egzystować. Dlatego pragnął dodawać im nie tylko otuchy, ale i energii. Jednak fani nie dawali się zwieść. Czuli, że gdy tylko zaczynał śpiewać, jego dusza płakała. Zanurzeni i odizolowani w dźwiękach jego muzyki, nucili wraz z nim słowa ulubionych piosenek.
– Sota – powiedział z powagą w głosie – a może byś ty mógł… – przerwał, gdyż bał się usłyszeć słowa odmowy.
– Dax… – odpowiedział przyjaciel. – Ja już tego nie robię. – Po tych słowach zakończył rozmowę wymówką, że musi iść pod prysznic.
Dax odłożył telefon, który już po sekundzie zaczął ponownie dzwonić. Ubolewał, że przyjaciel nie pisze już tekstów. Obaj wiedzieli, że to właśnie dzięki nim stał się gwiazdą. Po tragedii sprzed dwóch lat, która pochłonęła sto istnień, Sota odstawił pióro. Wszyscy myśleli, że to tylko kwestia dni, może tygodni. Prawda okazała się jednak znacznie okrutniejsza. Sota nie potrafił już nic stworzyć, tak jak Dax nie potrafił wrócić na scenę. Obraz walącej się na ludzi konstrukcji, która stanęła w płomieniach przez zwarcie i przedwcześnie odpalone fajerwerki, powracał do niego każdej nocy. To traumatyczne przeżycie odebrało mu odwagę występowania na żywo. Wytwórnia nie zamierzała jednak dłużej czekać, aż ten się w końcu otrząśnie. Postawiono mu warunek: albo wróci na scenę pół roku po premierze płyty, albo rozwiązują z nim kontrakt. Zamknięty w samotni cierpień i wrzasków bał się, że koszmar powróci i uczyni z niego po raz drugi scenicznego zabójcę. Na samą myśl o tym przeszedł go dreszcz. Sięgnął po telefon i wyciszył dzwonek. Już miał go odłożyć, gdy na ekranie wyświetlił się numer menedżera.
– Jak to przeniosła? – powiedział wzburzonym głosem. – Który już raz? Co? Wieczorem? Nie! Nie pasuje mi! Mam już plany. Mam je zmienić, bo ona zmieniła swoje w ostatniej chwili? Słuchaj, nie będzie mnie. Sami się z nią spotkajcie. Ja nie muszę przy tym być i tak po jej ostatnim zachowaniu wiem, że tego sobie nie życzy – opadł na kanapę i spojrzał w górę, na sufit, który swoją śnieżną bielą nieco go rozluźnił. – Wyjeżdżam dzisiaj nad jezioro. Będę tam przez cały weekend. Umówcie się z nią na wtorek, może nawet środę, jeżeli chcesz, abym się zjawił. Dobrze. Zadzwoń, jak już wszystko ustalisz.
Po odłożeniu słuchawki kpiąco parsknął, nadal będąc wściekłym za to, jak go potraktowała i jak zerwała z nim kontakt z dnia na dzień.
– Kobiety mnie kochają! A ta jako jedyna unika – prychnął z drwiną.
Szybko spakował najpotrzebniejsze rzeczy. W chwili, gdy miał już wychodzić, wrócił pospiesznie do sypialni. Z szafy wyciągnął niezbędnik „free life”...