Recenzje:
Rzadko zdarza się powieść, która podejmuje materię teologiczną bez popadania w uproszczenie, tanią sensację czy publicystyczną dosłowność. Ta książka, ku mojemu zaskoczeniu, potrafi przeprowadzić czytelnika przez obszar, w którym spotykają się teologia, historia religii, filozofia oraz literacka fikcja — i robi to z nieprzeciętną swobodą. Największe uznanie należy się autorowi za samą konstrukcję narracji. Historia płynie naturalnie, nie sprawiając wrażenia wykładu teologicznego ubranego w fabułę. Przeciwnie — kolejne idee zostają wprowadzone w sposób, który pozwala im dojrzewać wraz z rozwojem opowieści. Dopiero po dłuższej lekturze dostrzega się, jak wiele z pozornie odległych wątków zostało ze sobą powiązanych. Szczególnie interesująca jest warstwa teologiczna. Autor dotyka kwestii, które od wieków stanowią przedmiot sporów i interpretacji w obrębie chrześcijaństwa: natury Boga, aktu stworzenia, pochodzenia zła, wolnej woli, grzechu, relacji Stwórcy z człowiekiem czy sensu ludzkiego istnienia. Co istotne, nie zamyka tych zagadnień wyłącznie w perspektywie katolickiej. Można dostrzec szerszy horyzont myślenia religijnego — taki, w którym chrześcijańska teologia pozostaje w dialogu z pytaniami obecnymi również w innych tradycjach religijnych i filozoficznych. I właśnie tutaj książka staje się naprawdę interesująca. Nie traktuję jej jako polemiki z wiarą katolicką ani jako próby jej demontażu. Odczytuję ją raczej jako literacką próbę dopowiedzenia tego, czego doktryna pozostawia w sferze tajemnicy. Autor nie tyle odbiera religii jej fundamenty, ile buduje wokół nich własną narracyjną interpretację. Z perspektywy literackiej jest to zabieg niezwykle ciekawy, ponieważ pozwala znane motywy teologiczne zobaczyć z innego punktu widzenia. Najbardziej przekonuje mnie właśnie świadomość wielowarstwowości tych zagadnień. W chrześcijaństwie wiele fundamentalnych pytań nigdy nie było wyłącznie domeną jednej epoki czy jednego wyznania. Inaczej rozkładały się akcenty w tradycji katolickiej, inaczej w prawosławiu, jeszcze inaczej w rozmaitych nurtach protestantyzmu. Odrębne odpowiedzi odnajdziemy również poza chrześcijaństwem. Powieść świadomie lub nieświadomie porusza się po tej przestrzeni i wykorzystuje istniejące napięcia między wiarą, doktryną, interpretacją i ludzką potrzebą poznania. Nie jest to jednak książka, którą docenia się wyłącznie za temat. Jej siłą pozostaje również forma. Autor posiada wyraźne wyczucie narracyjne. Potrafi budować atmosferę, dawkować informacje, pozostawiać niedopowiedzenia i prowadzić czytelnika ku kolejnym interpretacjom bez nachalnego objaśniania własnych intencji. Dzięki temu warstwa ideowa nie zabija powieściowości, a sama fabuła nie staje się jedynie pretekstem do przedstawienia określonych poglądów. Mamy tu zatem tajemnicę, konflikt idei, pytania o naturę człowieka, problem dobra i zła, relację między wiedzą a wiarą, a także próbę spojrzenia na historię religijną z perspektywy, która nie daje się łatwo przypisać jednej kategorii. I chyba właśnie to cenię najbardziej. Książka nie wymaga od czytelnika, aby przyjął przedstawioną koncepcję jako prawdę. Wymaga natomiast, aby potraktował ją na tyle poważnie, by przez chwilę sprawdzić, dokąd prowadzi jej wewnętrzna logika. Dla czytelnika zainteresowanego teologią i historią religii będzie to niewątpliwie lektura szczególna. Nie dlatego, że przedstawia odpowiedź rozstrzygającą wielowiekowe spory — literatura nie posiada takiej kompetencji — lecz dlatego, że potrafi wykorzystać te spory jako tworzywo dla opowieści, która pozostaje żywa również poza ostatnią stroną. To jedna z tych powieści, w których fikcja zaczyna pełnić funkcję intelektualnego eksperymentu. I właśnie dlatego jej największą wartością nie jest to, że odpowiada na pytania dotyczące Boga, lecz to, że potrafi postawić je ponownie — w sposób świeży, odważny i zaskakująco sugestywny.
Mam mętlik w głowie. I mówię to szczerze. „Łańcuch Dusz” to książka, którą trudno jednoznacznie ocenić, bo łączy w sobie naprawdę wiele historii, wątków i pytań. Jest tu sporo cytatów z Biblii, historii oraz odniesień do dawnych zapisów, a autorka w bardzo zmyślny sposób buduje własną wizję początków wszechświata, ludzi, ich grzechów, a także samego zła. Bardzo zainteresował mnie sposób przedstawienia Edenu. Zamiast typowego obrazu raju dostajemy miejsce, które bardziej przypomina więzienie. Autorka podważa również niektóre powszechnie przyjęte interpretacje historii Adama i Ewy, Lucyfera czy samego diabła, zestawiając je z fragmentami Biblii i innymi historycznymi zapisami. Nie będę oceniać, na ile przedstawione w książce teorie są prawdziwe, ale przyznam, że niejednokrotnie zmuszały mnie do zatrzymania się i zastanowienia: „A co, jeśli…?”. Sporo miejsca zajmują również początki pierwszych miast, narodziny wierzeń i dawne obrzędy. Niektóre z opisanych praktyk, szczególnie te dotyczące dziewic, były dla mnie wręcz obrzydliwe, jeśli rzeczywiście miały miejsce w takiej formie. I w tym całym gąszczu historii pojawia się Aurora – główna bohaterka, która zaczyna mieć wizje i słyszeć tajemniczy głos. Kiedy paranormalne wydarzenia zaczynają coraz mocniej wpływać na jej życie, pojawia się ksiądz przysłany z Watykanu. Ich drogi krzyżują się w sposób, którego chyba żadne z nich nie planowało, a wspólne odkrywanie tajemnic Zakonu, z którym od pokoleń związana jest rodzina Aurory, prowadzi ich w coraz dziwniejsze miejsca. Dużym zaskoczeniem był dla mnie sam Zakon Archanioła Michała. Autorka przedstawia go jako organizację niezależną od Kościoła, mimo że służą w nim kolejne pokolenia rodziny Aurory. Brzmi niedorzecznie? Być może. Ale autorka próbuje podeprzeć tę koncepcję dawnymi zapisami, dzięki czemu zaczęłam się zastanawiać, gdzie kończy się fikcja, a zaczyna inspiracja prawdziwą historią. Mamy tutaj Lilith, Azazela, upadłe anioły, Boga, tajemnice Zakonu i siedem seniorek – strażniczek, które zdecydowanie wprowadzają do całej historii najwięcej humoru i lekkości. Ich relacja i dialogi były dla mnie jednym z przyjemniejszych elementów książki. Podobało mi się też to, że Aurora nie przyjmuje wszystkiego bez zastanowienia. Ma mnóstwo wątpliwości, pytań i momentów niedowierzania, dzięki czemu jej postać wydaje się bardziej autentyczna. Podsumowując – „Łańcuch Dusz” zdecydowanie nie jest książką, którą można przeczytać bez skupienia. Jest złożona, wielowątkowa i momentami można naprawdę pogubić się w faktach, postaciach i wydarzeniach. Ale jednocześnie jest bardzo ciekawą odskocznią od tego, co znamy i co przez lata było nam przedstawiane jako jedyna wersja historii. Czy wszystko kupuję? Nie. Czy po przeczytaniu zaczęłam zadawać sobie sporo pytań? Oj zdecydowanie tak.
„Łańcuch dusz” to jedna z tych książek, które trudno opisać w kilku zdaniach, ponieważ autorka stworzyła w niej świat pełen szczegółów, teorii, historycznych zapisów, cytatów, a przede wszystkim własnej, niezwykle bujnej wyobraźni. Prowadzi czytelnika od pradziejów aż po czasy współczesne, zręcznie łącząc ze sobą fakty, legendy i historyczne wzmianki. Robi to w sposób tak cwany i zwinny, że niejednokrotnie można się zastanowić, gdzie kończy się historia, a zaczyna fikcja. Książka zaskakuje właściwie na każdym kroku. Nie znajdziemy tu jedynie kolejnej interpretacji Edenu. Autorka sięga znacznie głębiej, do mało znanych postaci i wydarzeń, między innymi tych obecnych w Sumeryjskiej Liście Królów. Szczególnie zachwycił mnie opis Eridu – uznawanego za jedno z najstarszych, a według niektórych tradycji pierwsze miasto świata. Szczegółowa kronika kolejnych władców z czasów poprzedzających rozwój Mezopotamii jest fascynująca, a późniejsze, niemal gwałtowne wejście w dzieje największej religii świata – chrześcijaństwa – pokazuje, jak szeroko autorka zakreśliła ramy swojej opowieści. I to wciąż nie wszystko. Całe przesłanie powieści zostało osnute wokół Zakonu Miecza Archanioła Michała. Siedem miast, siedem kobiet i jedno przesłanie – strzec tajemnicy ukrytej w siedmiu grotach, które, jak się okazuje, są portalami prowadzącymi do samego piekła. Brzmi niepozornie? Zapewniam, że zdecydowanie takie nie jest. Fabuła: 5/5 Pomysł, konstrukcja wydarzeń, tempo i logika – nie mam tu właściwie niczego do zarzucenia. Bohaterowie: 5/5 Ich relacje, wiarygodność oraz rozwój zostały poprowadzone bez zastrzeżeń. Styl i język: 4,5/5 Dobór słów momentami bywa zbyt złożony, jednak nie wpłynęło to negatywnie na mój odbiór całości. Emocje: 5/5 Atmosfera napięcia, wzruszeń i scen, które zostają w pamięci, zdecydowanie zrobiły swoje. Oryginalność: 10/10 Realia epoki są fascynujące, psychologia postaci – rewelacyjna, a sposób połączenia poszczególnych elementów historii z fikcją naprawdę robi wrażenie. I chyba nic więcej nie muszę dodawać. Nie daję tej książce 5/5 tylko dlatego, że mi się podobała. Daję jej tę ocenę, ponieważ książka sama się broni. Nie znalazłam w niej niczego, co skłoniłoby mnie do wystawienia niższej oceny. Autorkę wpisałam na listę moich ulubionych pisarzy i zaczęłam czytać kolejne jej dzieło. No więc to chyba najlepsza możliwa rekomendacja.
Zanim przysiadłem do powieści zrobiłem dwa głębokie łyki piwa. Jestem ateistą, ale lubię zabawić się w teologiczne bzdury, które później łatwo skomentować i zamieść pod dywan. Jednak w tym przypadku to Luna Zara Ray mnie zamiotła. Od lat głośno się mówi, że nie było jabłka w raju, że to wyssany z palca prze kościół frazes - autorka poszła jeszcze dalej - zgniotła w książce przekonanie, że grzech którego niby dopuścił się Adam bo go Ewa skusiła jest grzechem kobiety i dlatego cała wina spada na niewiastę - Luna postawiła kropkę nad "i" i wręcz wyśmiała w inteligentny sposób, że to Adam był słaby dlatego uległ. Wyczułem dość mocno w tej scenie feministyczny język Ewy i to, że skończył się czas służebnicy i zaczął wolnego słowa - w końcu niby wszyscy mamy wolną wolę - co również autorka świetnie nakreśliła. Kolejnym plusem książki jest rozmowa w której Aurora główna bohaterka i sprawczyni całego zamieszania odkrywa świat wiary, który dotychczas omijała z daleka. Ksiądz, młody , chyba wyglądający jak Adonis bo autorka wręcz przesadnie opisała jego urzekającą urodę w cierpliwy sposób wyjaśnia zawiłości wiary i tutaj również robi się ciekawie - jako ateista zadałbym dokładnie te same pytania, na które Emilio odpowiadał spokojnym i rozważnym tonem. Miałem wrażenie, że ta książka nie przez przypadek trafiła w moje ręce. Luna Zara Ray chyba napisała ją w odpowiedzi na rosnące różnice między młodym pokoleniem, starą wiarą a takimi jak ja- czyli niedowiarkami. Nie wiem jak ocenić potencjał tej książki, ale jak dla mnie wyprzedza swoje czasy. Nie mówię tego dlatego, że otrzymałem powieść w ramach ARC aby ją ocenić, ale dlatego, że pierwszy raz otrzymałem książkę, która nie tylko była zabawna, ale dała do myślenia na tematy, które przecież są tak oczywiste.
To trzeba przeczytać!!!!!! Luna Zara Ray odwaliła niezłą akcję z tą książką. Na początku Przecież, przeciętna lekturka - jak dla mnie zaczęła się dość przeciętnie, i nagle zaczynam marszczyć brwi. Co do cholery, jaki znów Helel skąd ona to wytrzasnęła. Przecież Lucyfer to Lucyfer prawda? Pamiętam ze szkółki niedzielnej, jak ciągle straszono nas, że jako dzieci musimy być grzeczni bo inaczej trafimy do piekła, w sidła Lucyfera. Dawka Mezopotamii i dawnych królów rozwaliła mnie na totalnie zwłaszcza rytuały. Cholera pomyślałam i nagle książka się skończyła. Dwa razy czytałam zakończenie zanim dotarło do mnie, że to co stworzyła Luna jest megaśne. Nie wiem jak wy odebraliście tą niby pospolitą i zwyczajną powieść, ale dla mnie to była jazda bez trzymanki zwłaszcza gdy babeczki po sześćdziesiątce umazane w błocie i odchodach zwierząt próbowały zrozumieć co się tak naprawdę dzieje. Polecam książkę i to bez dwóch zdań.
Ebooka otrzymałem w ramach ARC. Historia opisuje w ciekawy sposób historię niejakiej Aurory 25-latki z Francji, która wyrabia z wosku figurki i świece. Dziewczyna niby jest normalna, a jednak od pewne czasu co noc ma wizje i słyszy tajemniczy głos, który przemawia zwracając się do niej Duni. Dość szybko przekraczamy granicę rzeczywistości ze światem jak nakreśliła autorka, a trzeba przyznać świat jest niebywale historyczny. Mamy wizję początków świata, pierwszego miasta, i kolejnych które wywodzą się z Mezopotamii. Mamy również pokazany powód stworzenia Edenu, narodzin Adama i Lilith. Co ciekawe autorka dość dobrze zaczerpnęła moim zdaniem wiedzę z dostępnych ksiąg i zapisków historycznych. Chrześcijanie wierzą, że Adam i Ewa byli pierwsi w raju, jednak żydzi łączą go z Lilith jako pierwszą żoną, a Ewa była dopiero po jej ucieczce. Tan na dobrą sprawę zacząłem już od gdzieś 40 strony czuć, że książka stworzona przez Lunę jest czymś wiecej niż tylko zwykłą powieścią. Autorka w nieprzeciętny sposób połączyła ze sobą fakty. Ubrała je w płynną historię i stworzył podwaliny i to całkiem niezłe wiary chrześcijańskiej. Niby obnaża braki kościoła katolickiego w swobodny sposób w niego uderzając, ale z drugiej strony postać Emilio, młodego księdza z Watykanu broni słowa Bożego w które z całego serca wierzy, choć czym dłużej przebywa z Aurorą, tym mu ciężej. Jestem ciekaw innych powieści Luny, ponieważ budowane przez nią postacie czułem że żyły, że opowiadały o sobie i prosiły każde z osobna o uwagę. To niebywałe, ale dzięki historii młodej Francuzki, młodego księdza, grupce upartych i zawziętych seniorek zacząłem zadawać pytania na które książka w dość jasny i zrozumiały sposób odpowiadała. Polecam przeczytać tę fabułę nie dlatego, że dostałem ją do ocenienie, ale dlatego, że wiele wnosi świeżości oraz zmusza do analizy w co należy wierzyć i jak należy żyć aby być bliżej Stwórcy.
"Łańcuch dusz" Luny Zary Ray to nieprzeciętna książka, którą albo się kupi albo z drwiną zakończy. Ja kupiłam fabułę. Jej przebiegłość, płynność oraz jasne przedstawienie historii świata rozjaśnia wątki, które od wieków zapewne są bólem głowy dla teologów. Książka opowiada historię Aurory, która w rodzinnym mieście tworzy świece i inne dekoracje jakie są sprzedawane w małym sklepiku Mont Saint Michel we Francji. Dziewczyna choć pracuje przy jednym z najsłynniejszych miejsc w kraju to nie ma nic wspólnego z wiarą katolicką. Autorka tak nakreśliła fabułę, że jest ona niewierząca, a to tylko dlatego, że jej wiara dopiero ma się ukształtować po wprowadzeniu do tajemniczego Zakonu Miecza Archanioła Michała o którym również nie ma pojęcia. Co zaskakujące jest w tej książce to płynne przechodzenie przez cały początek stworzenia świata, kształtowania się kultur, zwyczajów i obrzydliwych trendów aby być bliżej boskości jaką ludzie sobie wymyślali w kolejnych etapach rozwoju. Na pomoc przybywa Emilio, który za karę jest zesłany do maleńkiego zakątka, jakim jest miasteczko Aurory. To właśnie jego przybycie zaczyna rozkręcać całą historię, która jest barwa w opisy, szczegóły, cytaty oraz całe obrazy nie tylko chrześcijańskiej wiary ale również żydowskiej, aramejskiej i hebrajskiej. Mezopotamia jest tak oszałamiająca, że człowiek aż pragnie cofnąć się w przeszłość aby zobaczyć te surowe budowle i miejsca wszelkich kultów, choć z nimi samymi nie chciałabym mieć do czynienia :) W książce również nie zabrakło humoru, który nadał jej nowej tonacji. Książka jest naprawdę warta uwagi.
Czytając „Łańcuch dusz”, zaczęłam spisywać wszystkie cytaty i sprawdzać je w Wikipedii i nie tylko. Wydarzenia były tak namacalne, że od nowa odkryłam magię bycia katoliczką. Chwyciłam do ręki Bibilę i zaczęłam czytać. Najzabawniejsze jest to, że Luna Zara Ray opisała świat stworzenia, Edenu, potopu i innych faktów niby tak samo jak w biblii a jednak inaczej. Jej słowa bardziej do mnie docierały. Fkicja tak się łączyła z faktami, że skończyłam z dwiema książkami w ręce a nie jedną. I to właśnie mnie poruszyło, ponieważ żadna dotychczas książka nie zmusiła mnie do takiego wysiłku umysłowego. Szczerze - jestem pod wielkim wrażeniem fabuły. Luna owinęła całą historię w niesamowity fikcyjny thriller z udziałem aniołów, demonów i siedmiu dojrzałych kobiet, które za główną bohaterką, czyli Aurorą i księdzem Emilio ruszyły po Irlandii, Francji, Włoszech, Grecji i Turcji. Przez ostatnie kilka lat narastało we mnie poczucie, że Biblia zawiera warstwy i powiązania, których nawet sami księża nie rozumieją do końca i szkoda było ich pytać o cokolowiek. Ta książka pomogła mi dostrzec szerszy obraz – skrzyżowanie nie tylko samego Pisma Świętego, historii w nich, kultury w jakich się rodziło, ale i proroctw, w które wierzono i na które czekano. Czy oczekuję, że każdy czytelnik zaakceptuje każde powiązanie, jakie przedstawia Luna Zara Ray? Nie. To właściwie jeden z powodów, dla których piszę tę recenzję. Sprawdźcie sami. Dla mnie ta książka była świeżym przypomnieniem, by zwracać baczniejszą uwagę na wzorce historii. Polecam.
„Łańcuch dusz” to urocza książka, która doskonale łączy ze sobą wszelkie wątki oraz postacie. Relacje między głównymi bohaterami wydają się naturalne, a sama historia obfituje w błyskotliwe dialogi i pełne uroku momenty, które dają wiele do myślenia. Czytając tę książkę, byłam nastawiona na powieść w stylu „Kodu Leonarda da Vinci” Dana Browna. Jednak w tej książce chyba chodziło autorce o coś zupełnie innego. Nie tyle o kwestie religijne, co bardziej o samodzielne myślenie i spojrzenie na wiarę katolicką z zupełnie innej perspektywy. Uważam, że książka jest naprawdę wciągająca. Czytało mi się ją dość płynnie, co skutkowało szybkim finiszem. Co mi się najbardziej podobało? Zdecydowanie rozmowy Aurory z samym diabłem. Muszę przyznać, że autorka zagrała va banque, jeśli chodzi o dialogi. Pytania były podchwytliwe, a odpowiedzi dwuznaczne. Kiedy sama postawiłam się na miejscu głównej bohaterki, muszę przyznać, że poległam — niektóre pytania naprawdę potrafiły zbić z tropu. Dzięki temu lektura była jeszcze przyjemniejsza.